Fil

 
 

Filciu był pierwszym nowym członkiem naszej świeżo wtedy upieczonej rodziny. Uratowany ze schroniska w zaawansowanym, śmiertelnym stadium FCV, potocznie zwanym kocim katarem, ze wszystkimi możliwymi wirusami, pchłami, świerzbami i robakami. Był obrazem nędzy i rozpaczy i wzięliśmy go wbrew wszystkiemu i wszystkim. No, i trochę też wbrew sobie, bo przecież poszliśmy z zamiarem adoptowania pręgowanej, zdrowej koteczki...!

Po wielu tygodniach zawziętej walki i bezsennych nocy, Filciu zwalczył chorobę, nabrał sił, blasku w oczach i chęci do zabawy. Kochał nas ponad wszystko, a my jego. Nie wyobrażaliśmy sobie naszego życia, gdyby go miało zabraknąć. Niestety, schroniskowe przeżycia nie pozostały bez piętna - Filcia nerki były uszkodzone chorobą i lekami i pomimo naszych ogromnych starań i nakładów oraz jego upartej chęci, żeby żyć i godzenia się na wszystkie zabiegi - Fil odszedł od nas w pewien majowy dzień...

Pozostanie na zawsze w naszych sercach.


Oto Filcia testament:

“Wszystko najcenniejsze co mam, chcę ofiarować, by nie odeszło wraz ze mną:

ciepłe kolana i kochające dłonie, głaszczące mnie po karku,

dobry głos, który uspokajał w strasznych chwilach, który wołał na powitanie i odpowiadał na moje miauknięcie,

zabawy i psoty w chowanego i łapanie za nogę,

troskę i miłość i kojące słowa, gdy byłem chory i słaby,

kołdrę pod którą mogłem wejść w nocy, gdy zimno lub samotnie,

czółko mojej Pani do pocierania,

ołówki mojego Pana, które mogłem zrzucać na podłogę

moje ulubione miseczki i kocyk na parapecie.

Niech dalej przynoszą szczęście.

A moja choroba niech nauczy Was wiele i pomoże odzyskać zdrowie innym”.


 

Nasz pierwszy przyjaciel






Informacje




Galeria

Zdjęcia